| |

U
źródeł Błękitnego Nilu
Głównym środkiem transportu są tu papirusowe łodzie – tankwy. Dzieci
nimi płyną do szkół, a dorośli przewożą towary na sprzedaż. Jednak nie z
łódek słynie jezioro Tana, lecz z tego, że w jego głębiach bierze
początek Nil Błękitny.
Z
przyjemnością porzucamy zgiełk w przemysłowym mieście Bahir Dar. Mimo iż
jest to stolica okręgu Amhara, właściwie trudno znaleźć w nim coś
godnego uwagi. Może jedynie nieliczne stragany z miejscowymi wyrobami,
gdzie można kupić na przykład egzotyczne dla nas, a nieodzowne w
Etiopii, miotełki z końskiego włosia do odpędzania much.
Docieramy do przystani, czyli
betonowego brzegu, z którego chwiejnymi, pełnymi dziur drewnianymi
schodkami schodzimy do łódki. Przystań wywiera na mnie dość
przygnębiające wrażenie. Wokół dostrzegam bowiem mnóstwo śmieci, stert
butelek i innych niepotrzebnych przedmiotów. Na szczęście porastające
brzeg soczysto zielone papirusy łagodzą nieco ten śmietnikowy obrazek.
Na podbój
jeziora
Zasiadamy do kilkuosobowej łodzi
motorowej z płóciennym dachem. Ten dach okaże się później zbawienny. Bez
niego palące słońce pozostawiłoby na naszych twarzach poparzone ślady.
Ruszamy na podbój największego etiopskiego jeziora Tana.
Jezioro znajduje się na wysokości
1800 metrów nad poziomem morza i zajmuje powierzchnię około 2800
kilometrów kwadratowych. Największe głębie sięgają do kilkunastu metrów.
Gdy pokonujemy trasę wycieczki, spokojna woda pięknie lśni w promieniach
dopiero co powstałego zza horyzontu słońca.
Słynny
podróżnik
Tana zyskało sławę w połowie
XVIII wieku dzięki podróżnikowi szkockiemu Brucowi Jamesowi. James
opuścił swój rodzinny kraj i osiadł na chwilę w Portugali i Hiszpanii,
by stamtąd wyruszyć na podbój świata. Był między innymi konsulem w
Algierze, a dzięki znajomości języka arabskiego bez trudu mógł poruszać
się po afrykańskich krajach. W pewnym momencie swego życia zapragnął
odnaleźć źródło Nilu – świętej rzeki Egiptu. Sądził, że dopłynie
tam
łodzią. Niestety nieprzyjazne plemiona uniemożliwiły mu rejs w górę
rzeki. Postanowił więc dotrzeć do Abisynii (obecnej Etiopii) drogą
morską. Tam dzięki swojej wiedzy, także medycznej, zaskarbił sobie
względy królewskiej rodziny i w 1768 roku dotarł najpierw do wodospadów
Tys Yssat, a potem do jeziora Tana. Był niezmiernie szczęśliwy, bo
sądził, że Nil właśnie tu bierze swój początek. Dopiero potem okazało
się, że Nil tworzą dwie rzeki: Nil Błękitny i Nil Biały. James odkrył
źródła Nilu Błękitnego, a ten jest o 1100 kilometrów krótszy od swego
białego brata. Dlatego za początek „Królowej Rzek” uważa się źródła Nilu
Białego w okolicach Jeziora Wiktorii, które odkrył sto lat po Jamesie
John Speke, angielski podróżnik i badacz Afryki.
Święta woda
Dziś wiadomo, że Nil Błękitny
bierze swój początek nieco dalej od Tana, wpływa do niego niewielkim
strumieniem i dalej podąża do Chartumu w Sudanie, by razem z Białym
płynąć jeszcze 3000 kilometrów aż do Morza Śródziemnego.
Niewielkie źródła są miejscem
kultowym dla Etiopczyków. Wodę z nich wytryskującą mieszkańcy kraju
uważają za świętą, leczącą choroby i inne nieszczęścia. Dlatego nie
dziwi widok ludzi przybywających tu z plastikowymi baniakami, czy
obmywających ciało w niewielkim potoczku.
Wyspy z
kościołami
Podczas rejsu mijamy niewielkie
zielone wysepki gęsto porośnięte lasem. Znad gęstwiny od czasu do czasu
wyrastają kopuły kościołów. Na jeziorze Tana jest 37 wysp. Na
dziewiętnastu znajdują się kilkusetletnie monastyry. W niektórych
pochowani są nawet abisyńscy cesarze. Warto wspomnieć, że Kościół
Etiopski powstał już w IV wieku i jest jedynym, który istniał w Afryce
przedkolonialnej. Do tej pory językiem liturgicznym jest gyyz,
zrozumiały chyba tylko dla wykształconych mnichów. Ciekawostką są liczne
posty, które obowiązują wiernych. Duchowni poszczą aż 286 dni w roku,
zwykli chrześcijanie – 186 dni. Podczas etiopskiej podróży miałam okazję
obserwować, jak nasi kierowcy wstrzymywali się od jedzenia, gdy my
pałaszowaliśmy tradycyjną ingerę, czyli szary placek z mięsem i
warzywami. Dopiero po kilku dniach kierowcy zabili w sposób rytualny
kozę, upiekli ją nad ogniskiem i zjedli ze smakiem, mimo iż mięso
dalekie było od tego, co my nazywamy miękkim.
Skromna
świątynia ze skarbami
Po kilkugodzinnym rejsie
docieramy do jednej z wysp. Wdrapujemy się po schodach na wzniesienie i
wąziutką ścieżką biegnącą wśród bujnej roślinności docieramy do
klasztoru. Dowiadujemy się, że kilkudziesięcioosobowe społeczności
zamieszkujące wyspy z klasztorami zajmują się głównie uprawą kawy,
cytrusów, wyrabianiem likierów z miejscowych roślin, piwa, handlem
drewnem i... turystami, których na szczęście nie ma tam jeszcze zbyt
wielu.
Wejście na teren kościelny
prowadzi przez krytą strzechą bramkę. Za nią teren jest już święty. Nie
wolno tam palić papierosów czy jeść kanapek. Przed nami okrągła, skromna
budowla, która Europejczykowi kojarzy się bardziej z drewnianą szopą niż
świątynią. Prawdziwe skarby ukryte są wewnątrz. Najpierw jednak przez
bardzo stare drzwi zamykane na zasuwę wkraczamy na pierwszy okrąg. Na
podłodze rozesłane są maty. Tu wierni zasiadają i śpiewają nabożne
pieśni. Drugi krąg to część święta. Na początku nie potrafię zrozumieć,
dlaczego. Na ścianie wiszą jedynie jakieś podniszczone płachty. Dopiero
gdy duchowny odsuwa zasłony, otwieram oczy ze zdumienia. Na całej
okrągłej ścianie liczącej sobie kilkadziesiąt metrów zawieszone są
bajecznie kolorowe malowidła. Obrazy przedstawiające sceny biblijne czy
epizody z życia świętych liczą sobie po kilkaset lat. Ich kolory są
jednak wciąż niezwykle żywe, a to za sprawą naturalnych barwników i
tkanin utkanych z naturalnych włókien. Duchowny z niezwykłą czcią
odsłania kolejne skarby i z nieukrywaną satysfakcją obserwuje nasz
zachwyt. Kto by się spodziewał, że w tak skromnym budynku znajdziemy
cuda, za które zapewne kolekcjonerzy zapłaciliby pokaźne kwoty. Obrazy
na szczęście nie są na sprzedaż, a opiekę nad nimi sprawują nie tylko
księża, mnisi, ale także uczniowie malutkich szkół teologicznych.
Nasz przewodnik ma ogromną wiedzę
i najchętniej przez wiele godzin opowiadałby nam o symbolice obrazów,
czy niezwykłych historiach na nich przedstawionych. My jednak musimy
kontynuować nasz rejs, by przez zmrokiem powrócić na przystań.
Spotkanie z
Alemu
Żegnamy mnicha, dajemy jałmużnę
siedzącemu przed świątynią bosemu mężczyźnie i umawiamy się za
kilkadziesiąt minut nad brzegiem jeziora. Jest bardzo gorąco, bolą mnie
nogi, z przyjemnością więc dostrzegam coś w rodzaju altanki, przed którą
stoi skrzynka z coca colą. Kupuję butelkę i zasiadam w cieniu. Po chwili
do altanki wchodzi kilku chłopców. Osiemnastoletni Alemu mówi po
angielsku i choć nieśmiało, ale podejmuje ze mną rozmowę. Okazuje się,
że jest uczniem liceum w Bahir Dar, gdzie mieszka w internacie. Raz na
dwa
tygodnie
przypływa do rodziców. Rejs papirusową łodzią zajmuje mu pięć, sześć
godzin w jedną stronę. Opowiada, że takie łodzie miejscowi wyrabiają
przez tydzień, że są one niezwykle nośne, że można je podzielić na dwa
rodzaje: do łowienia ryb i transportu zarówno ludzi jak i towarów. Z
dumą wskazuje na jezioro, które, jego zdaniem, jest pełne ryb, a także
jaszczurek, węży czy nawet hipopotamów. Nie wiem, czy mówi prawdę, ale
słucham go z ogromną ciekawością. Alemu chce kontynuować naukę na
studiach pedagogicznych, by w przyszłości uczyć dzieci w takich
malutkich wioskach, jak ta na wyspie. Ma siedmioro rodzeństwa, które
wychowuje mama – wdowa. Chłopiec zapisuje mi adres, także emailowy.
Mówi, że w jego szkole od dawna jest Internet, za pomocą którego
prowadzi korespondencję z ludźmi z całego świata. Ten przyjaźnie
nastawiony do ludzi Etiopczyk władający płynną angielszczyzną, tak
bardzo odstawał od widoku zwiedzanej przed chwilą świątyni, okutanych w
białe szaty mnichów,
że długo nie mogłam się otrząsnąć z wrażenia. Zresztą w wielu miejscach
kraju, nawet najbardziej odległych od stolicy, spotykałam dzieciaki
mówiące po angielsku. Takiego zapału do nauki można im tylko
pozazdrościć...
Nie wiadomo skąd na ścieżce
pojawiły się teraz stragany z etiopskimi metalowymi i drewnianymi
krzyżami, „prawdziwymi” „starymi” Bibliami, ołtarzykami z kolorowymi
malowidłami i zwykłymi świecidełkami. Kupuję składany drewniany ołtarzyk
na pamiątkę i biegnę do łódki.
Wzmożony ruch
Mijamy kolejne wysepki,
zamieszkałe i niezamieszkałe, aż do miejsca, gdzie przewodnik z dumą
pokazuje nam wypływający z jeziora Nil Błękitny. Zastanawiam się, skąd
taka nazwa rzeki, skoro jej wody mają kolor raczej rdzawy czy brunatny.
Przewodnik wyjaśnia, że w porze deszczowej wody te są znacznie bardziej
przejrzyste od wód Nilu Białego, stąd ta nazwa. Muszę mu wierzyć na
słowo.
W tym miejscu na jeziorze panuje
wzmożony ruch. Na brzegu obserwuję mężczyznę, który pierze ubranie,
kobietę, która wyraźnie oczekuje na kogoś. Po chwili do kobiety podpływa
na płaskiej tankwie kilkunastoletnia dziewczyna. Ma trudności z
dostaniem się na brzeg. Kobieta, zapewne mama, odbiera od niej kilka
książek, potem podając rękę sprowadza ją z łódki. Za chwilę na podobnej
łodzi wypływa na jezioro mężczyzna stojący przy stercie drewna. W innej,
już znacznie mniejszej i nie tak płaskiej siedzi rybak udający się na
połów. Wszyscy trzymają w rękach kij, którym wiosłują. Myślę, że
tradycyjne wiosło znacznie usprawniłoby im rejs, oni jednak pewnie
uważają inaczej.
Marzena
Kądziela
Zdjęcia Marzena Kądziela

|
|