| |

W poszukiwaniu Arki Przymierza
Dla podróżnika, szukającego egzotyki, najciekawsze jest południe
dawnej Abisynii, gdzie na pierwszy rzut oka widać, że cywilizacja tu nie
dotarła, nie zmieniła rytmu życia mieszkających tu od tysięcy lat ponad
30 plemion.
Jednak dotarcie tam nie jest proste, a w czasie pory deszczowej jest
wręcz niemożliwe. Nie ma tu dróg, w europejskim tego słowa znaczeniu,
nie ma mostów, o regularnej komunikacji nie wspominając.
Turyści, a jest ich niespełna dwa tysiące rocznie, wyprawę rozpoczynają
od Addis Abeby, jednej z najwyżej położonych stolic świata. Oddalając
się od brzydkiego, ogromnego, bo liczącego blisko 7 milionów ludzi
miasta, zaskakuje niezwykłością i stale zmieniającą swe oblicze
przyrodą. Zaskakują też ludzie. Im dalej na południe, tym łatwiej
doświadczać minionych epok. Znikają europejskie ubiory, wszechobecne
T-shirty mieszają się ze strojami ludowymi.
Mało kto wie, że według obowiązującego tu kalendarza juliańskiego
Etiopia liczy sobie 7 lat mniej w stosunku do ogólnie stosowanego
kalendarza na świecie. Nowy Rok przypada tu 11 września. W 2007 roku
Etiopia będzie obchodzić wejście w... rok 2000.
Plakaty reklamują Etiopię jako kraj
13 miesięcy słońca
w roku. I rzeczywiście, miejscowy kalendarz podzielony jest na 12
miesięcy, które mają po 30 dni. A co z pozostałymi pięcioma dniami, a w
roku przestępnym - sześcioma? Właśnie one tworzą ostatni - trzynasty
miesiąc zwany Pagumen.
Dwa dni podróży terenowymi samochodami po wertepach i wjeżdżamy w krainę
jednego z większych plemion - ludu Konso. Żyje ich tu blisko 60 tysięcy.
To rolnicy uprawiający poletka na zboczach gór. Kobiety noszą
charakterystyczne spódnice, wzornictwem przypominające łowickie pasiaki.
Młodsze eksponują nagie, apetyczne biusty. Mężczyźni chodzą w jakichś
szortach w charakterystyczną kratkę. Każdy dzierży dzidę i tykwę z wodą.
Wiosce przewodzi szef, który najczęściej wywodzi się z jakiegoś ważnego
klanu. Władza przechodzi z ojca na syna. Kiedy zdarzy się, że brak
potomka w linii męskiej, rada wioski wybiera szefa spośród klanu,
przekazując mu specjalną bransoletkę świadczącą o władzy. A władzę ma
sporą, rozstrzyga spory, zastępuje policję i sądy. Kiedy umiera szef
wioski, nie mówi się o tym przez 9 lat i 9 miesięcy. Oficjalnie szef śpi
i jest chory. Po tym czasie wyprawia się pogrzeb i stawia niezwykłe
rzeźby totemy - konso. Szef wioski mieszka w odosobnieniu, gdyż tylko on
może kontaktować się z Bogiem o imieniu Moha.
(...) W górach mieszka największe, liczące ponad 30 tysięcy, niezwykłe
plemię - Hamerowie. Kiedy pojawiamy się na targu, mam wraże-nie, że to
scenografia do filmu, bo trudno uwierzyć, że istnieją społeczności,
żyjące jak kilka tysięcy lat te-mu. Hamerowie, to najbardziej urokliwi
ludzie, jakich widziałem w Afryce. Nikt chyba na świecie nie dba tak o
fryzury, jak oni, od niemowlaka - po starca (ponoć w Etiopii jest
najwięcej fryzjerów na świecie).
Włosy nasmarowane są, podobnie jak czoło, łojem kozim bądź masłem
zmieszanym z rudawą glinką. To dodaje urody, ale co ważniejsze -
odstrasza wonią insekty. Kobiety noszą wszechobecne dredy, na rękach i
nogach mnóstwo ozdób... i niczym nieokryte czekoladowe piersi. Niektórzy
zamiast warkoczyków mają podgolone głowy z włosami postawionymi na
czubku i pomalowanymi we wzory jak u dzikich kotów. To są ci, którym
udało się zabić dzikie zwierzę. Prawie wszyscy są tu ubrani w kozie
skóry, ozdobione kolorowymi koralikami i muszelkami sprowadzanymi z
należącej niegdyś do Etiopii Erytrei.
Na targu kobiety i mężczyźni siedzą osobno. Mężczyźni kupują ubrania i
ozdoby - sprzedają zwierzęta. Kobiety, siedzące zwykle w dużych grupach,
sprzedają masło, krew zwierzęcą (stanowiący ważny składnik tutejszego
jedzenia) miód, zboże i drewno. Wielu handlujących przywędrowało z
górskich wiosek, idąc nieraz i dobę. Ale targ to nie tylko miejsce
handlu. To możliwość towarzyskich kontaktów i przekazywania informacji,
plotek. Większość z nich prąd, telewizor czy gazetę zna tylko z
opowiadań.
Hamerowie, którzy nie zawierają oficjalnych małżeństw, mają specyficzny
sposób kojarzenia par. Aby móc związać się z dziewczyną, trzeba przejść
ceremonię trwającego trzy dni
ceremoniału inicjacyjnego,
który odbywa się na przełomie lutego i marca. Ustawia się jedną przy
drugiej 30 krów zebu. Chłopcy pod-dawani są inicjacji kompletnie nadzy,
wskakują na pierwsze zwierzę, by potem przeskakiwać z jednego na drugie.
Na ostatnim zwierzęciu muszą zawrócić i próbę powtórzyć w przeciwnym
kierunku. Takie zadanie muszą wykonać trzy, cztery razy - udowadniając
sprawność fizyczną. Później zaczyna się niezbyt kontrolowana zabawa,
suto zakrapiana alkoholem. Podczas tej swoistej balangi, chłopcy
okładają rózgami plecy dziewcząt na wydaniu. Okładanie nie jest
symboliczne, bo z pleców leje się krew. Te najbardziej wytrzymałe mają
szanse na partnera. Hamerki często same się kaleczą, wycinając na skórze
misterne wzory, aby podkreślić w ten swoisty sposób urodę. Prawie w
każdym z tubylczych plemion w dzieciństwie usuwa się dwa zęby - dolne
jedynki. Często bowiem atakuje tu tężec, wskutek czego następuje
ściskoczęk. Te usunięte zęby dają możliwość wprowadzania wody i pokarmu.
Służą też do ssania narkotycznych roślin, których łodygi mieszczą się w
szczerbie.
(...) Przez kilkanaście godzin pokonujemy kilka kilometrów. Rozmokłe po
deszczu „drogi" dosłownie unicestwiają jeepy. Auta zakopują się w
błotnistych koleinach. Jesteśmy wściekli, bowiem mamy dotrzeć bodaj do
najbardziej szokującego plemienia w Afryce - Mursi. Nawet ci, którzy
nigdy nie byli w Afryce, znają ze zdjęć kobiety i mężczyzn z
wyciągniętymi wargami, w których „wmontowane" są gliniane bądź drewniane
talerzyki wielkości spodka. Podobne ozdoby noszą w uszach.
Do wioski zostało nam prawie 20 kilometrów. Nie mamy szans dotrzeć tam
za dnia. Na szczęście pojawiają się ciekawi turystów, ale chyba bardziej
ich pieniędzy forpoczty Mursi. Zjawia się kilkunastu nagich, z dzidami,
wymazanych gliną, mężczyzn. Zaczynają się negocjacje, aby to do nas
dotarła część mieszkańców wioski. Ciężko się dogadać - nawet etiopski
opiekun, Habtamu, musi korzystać z usług tłumacza, który z amharskiego
tłumaczy na dwa kolejne języki. Proponują, abyśmy na piechotę udali się
do wioski. Habtamu twierdzi, że to zbyt niebezpieczne. Bywało, że
turystów tu pobito i okradziono. Rzadko kiedy
męska część Mursi
jest trzeźwa, a większość z nich, obok dzidy ma kałachy.
Mursi słyną nie tylko z oszpecania ciała, ale także z wykonywania nacięć
skóry. Dlatego wszyscy, oprócz pieniędzy, żądają od nas żyletek
przydatnych do nacięć. Mursi są przekonani, że to, co my uważamy za
oszpecenie - dla nich jest ozdobą. Już dziewczynkom nacina się małżowiny
uszu i wargi, wkładając w nie co roku większe, gliniane krążki. Tak
ponoć szpecono się w okresie niewolnictwa - nikt wówczas nie chciał ich
porywać na handel. Później oszpecone uszy i wargi zaczęto ozdabiać owymi
talerzykami.
(...) W drodze powrotnej do Addis Abeby odwiedzamy jeszcze jedno
oryginalne plemię, Dorsi. Serpenty-nami, wśród wyrwanych górom pól
tarasowych, wzbijamy się na wysokość blisko 3 tys. metrów. Dorsi to
górale, rolnicy i hodowcy słynący z budowy oryginalnych chat z trzciny,
a także tkactwa. Ich domy przypominają głowę słonia, który jeszcze sto
lat temu występował na tych terenach. Domy mają do 12 metrów wysokości,
chronią więc tubylców przed termitami. Są bardzo trwałe. Miejscowi
zapewniają nas, że bez remontu stoją nawet 150 lat. Ale te domy,
podobnie jak wszechobecne w całej Etiopii okrągłe tukule, nie mają okien
i są po prostu kurnymi chatami.
Podziwiając tarasowe pola, zjeżdżamy w dolinę rzeki Orno, kierując się w
stronę stolicy. Zastanawiam się, czy to dobrze, że nie dotarła tu
jeszcze cywilizacja. Nie ma prądu, dróg, mostów ani supermarketów.
Dzięki temu można doświadczyć obcowania z plemionami, jakich prawie nie
spotyka się już na świecie. Ale zdaję sobie sprawę z tego, że procesy
cywilizacyjne są nieuniknione i za parę lat odwiedzę Hamerów czy Mursi
odzianych w chińskie tekstylia, oglądających raczkującą telewizję
etiopską, dziwiących się, że człowiek może posiadać łóżko, i łazienkę.
Zacofanie, a co za tym idzie, nędza, ma też inne, tragiczniejsze
implikacje - choroby. Blisko 6 milionów dzieci w tym kraju choruje bądź
głoduje. Śpiączka, malaria to choroby na porządku dziennym, nierzadki
jest AIDS. Śred nia życia wynosi tu 17 lat, a Etiopczycy dożywają 45-47
lat. Nie ma służby zdrowia. Rodzina na skleconych noszach niesie chorego
na malarię do najbliższej miejscowości. Pierwszej pomocy udziela
najczęściej szaman. A wszystko to w kraju, który jeszcze dwa tysiące lat
temu tworzył jedną z ważniejszych cywilizacji. Niektórzy twierdzą, że tu
był mityczny Eden i tu zaczęła się ludzkość.
W muzeum, w Addis Abebie można oglądać szkielet najstarszej kobiety
świata - Lucy. Ten ślad
naszych praprzodków
sprzed blisko trzech i pół miliona lat, znaleziono na południu Etiopii.
A w stolicy warto odwiedzić pałac człowieka, który w połowie ubiegłego
wieku chciał wskrzesić wielkość Etiopii - cesarza Hajle Selasje. Władca
doczekał się nawet wyznawców, uznających go za Boga. Sekta Rastafarian
żyje od kilkudziesięciu lat w Saze Menei, czcząc cesarza i innego swego
patrona, Boba Marleya. Można odwiedzić ich 5-tysięcz-ną kolonię, leżącą
nieopodal stolicy. Cesarz zniknął w 1974 r., a wraz z nim cesarstwo.
Dziś Etiopia próbuje budować zręby afrykańskiej demokracji, a w dawnym
pałacu monarchy mieści się uniwersytet. Addis Abeba jest miastem
stosunkowo młodym. „Nowy Kwiat" - bo tak tłumaczy się nazwę tego miasta,
liczy niewiele ponad 100 lat. Leży prawie w środku kraju, nazywanego
przez niektórych Tybetem Afryki. I nie ma co się dziwić, bo najwyższy
szczyt dawnej Abisynii ma ponad 4 kilometry wysokości.
Ale to, co naprawdę ściąga na północ turystów, to zaliczana przez
niektórych do siedmiu cudów świata Lalibela - etiopska Jerozolima. Tu
ponad 800 lat temu, w ciągu 24 lat, król Lalibela - ponoć na polecenie
Boga - wybudował 12 niezwykłych świątyń. Wśród nich kościół św. Jerzego,
będący swoistą ikoną w architekturze sakralnej, nie mającą odpowiednika
na świecie. Aż trudno uwierzyć, że świątynie są dziełem człowieka.
Wykuwano je z góry do dołu w wulkanicznym tufie. Dopiero z bliska można
docenić kunszt i trud rzemieślników, którzy stworzyli te arcydzieła za
pomocą dłuta, skrobaków i siekier. Najpierw, na wierzchołku skały
zaznaczano plan kościoła, a następnie ryto rowy wokół bloków skały, aż
do całkowitego wyodrębnienia bryły. Po wykuciu zewnętrznych ścian
żłobiono nawy, kolumny, trzeba było też pamiętać o odpowiednich
proporcjach, oświetleniu i ornamentyce. Każdy kościół ma odmienną
architekturę, żeby się tam dostać, trzeba pokonać wiele set metrów
tunelami i wykopami. Kilka kościołów jest połączonych tunelami.
Lalibela dla Etiopczyków ma takie znaczenie jak dla Polaków Częstochowa.
Aż trudno uwierzyć, że ta niby wieś, niby miasteczko, była kiedyś
stolicą dużego imperium. Stąd pochodzi nasz przewodnik Habtamu. Jako
jedyny stąd od wielu, wielu lat skończył studia i wyspecjalizował się w
obsłudze ekip telewizyjnych. Zaprasza do rodzinnego domu, któremu
zafundował antenę satelitarną. Jedyną w miasteczku. Tu przyjmują nas
winem miodowym
i wszechobecną kawą. Mało kto wie, że Etiopia jest ojczyzną kawy, która
uprawiana jest tu od IX wieku. Nazwa napoju pochodzi od etiopskiego
miasta Kaffa. Picie kawy to tu specyficzny rytuał. Surową kawę najpierw
pali się na patelni z dodatkiem masła, potem ręcznie tłucze, a następnie
gotuje z dodatkami wonnych kadzideł. Napar jest dość mocny, o lekkim
posmaku winnym. Kawa jest jednym z nielicznych towarów eksportowych
Etiopii. Jaka będzie przyszłość tego dawnego imperium, którego trzy
czwarte mieszkańców jest analfabetami? Kiedy dotrze tu cywilizacja i
dobrobyt? Wszystko zależy od raczkującej tu demokracji. Niezależnie od
tego, jak potoczą się losy 70 milionów dawnych Abisyńczyków, warto
zobaczyć tak rzadki już dziś kawałek prawdziwej Afryki - jak ją
niektórzy nazywają - perły tego kontynentu.
Michał Fajbusiewicz
zdjęcia autora
Artykuł ukazał się w tygodniku ANGORA

|
|