|

Afryka naprawdę dzika, czyli z wizytą u Hamerów
Rejon południowo-zachodniej Etiopii, szczególnie dolina rzeki Omo,
nazywany jest „ludzkim skansenem" i, uwierzcie mi, nie ma w tym
określeniu żadnej przesady. Plemiona, które tam odwiedziłam, wyglądają,
mieszkają, i żyją jak przed tysiącem lat.
Ekstremalne przeżycia w normalnym pakiecie
Już
sama podróż do tej części Afryki jest ekscytującym przeżyciem. Ze
stolicy kraju, Addis Abeby, wyruszyliśmy po całkiem przyzwoitej
asfaltowej szosie i tak było przez kilkaset Kilometrów. Później, im
dalej na południe, droga stawała się coraz gorsza, by wreszcie zupełnie
przestać zasługiwać na to określenie. To coś, po czym jechaliśmy,
nadawało się tylko do poruszania samochodami terenowymi z napędem na
cztery koła. Czasami nawet to nie wystarczało.
Gdy
toyota, którą podróżowałam, po raz pierwszy zakopała się w mazistym
błocie, podekscytowana wyskoczyłam z aparatem i zrobiłam chyba 100
zdjęć. Cieszyłam się z obrazków jak dziecko podziwiające pierwsze płatki
śniegu. Po piętnastu minutach kierowca - za pomocą liny i drugiego
samochodu - sprawnie się z brei wydostał.
Za
drugim razem byłam już w fotografowaniu oszczędniejsza, a przy trzecim,
czwartym... nawet nie wyciągnęłam aparatu. Okazało się, że przeżycia, za
które uczestnicy ekstremalnych tras płacą ciężkie pieniądze, tu są czymś
normalnym, dostaje sieje niejako w pakiecie.
„Hajlandy"
na wagę złota
Przez
cały czas za oknem samochodu przesuwały się obrazy jak z filmu o
pierwszych eksploratorach Afryki: wsie z okrągłymi, glinianymi domkami
krytymi strzechą, rolnicy orzący pola drewnianymi radłami, do których
zaprzęgnięto woły, i gromady dzieciaków żywiołowo reagujące na
przejeżdżające samochody.
Za
każdym razem dzieci wykrzykiwały do nas dziwne słowo: „hajland". - Czy
to jakieś pozdrowienie? - zapytałam Mengistu, naszego kierowcę. Uśmiał
się z tego pytania do rozpuku. Co się okazało? ,,Highland'' to nazwa
najpopularniejszej etiopskiej wody mineralnej w plastykowych butelkach.
I właśnie o te puste butelki chodziło dzieciakom. Jest to bowiem cenna
rzecz, nadaje się do transportu i magazynowania wody. W Etiopii nic nie
jest odpadem, nic się nie marnuje.
Przedmioty, często dla nas zupełnie bezużyteczne, tu znajdują
zastosowanie, o jakim ich producentom nawet się nie śniło. Guziki,
agrafki i spinacze doskonale nadają się do wyrobu biżuterii, stare opony
są surowcem do produkcji klapek, z blaszanych puszek po oleju sprawne
ręce etiopskich rzemieślników produkują całe wyposażenie kuchni: miski,
łyżki wazowe, kubki i durszlaki.
Jechaliśmy już kilkaset kilometrów, ale kolorowe obrazy za szybami
samochodów sprawiały, że nikt nie czuł się zmęczony. Co najbardziej
ekscytowało? - Wędrujący wzdłuż drogi ludzie. Bardzo często nie mieli na
sobie nic, co byłoby wytworem zachodniej cywilizacji. Wyróżniali się
szczególnie przedstawiciele plemiona Hamer.
Piętrowe torty na głowach wojowników
Hamerowie są ludem o charakterystycznych kościach policzkowych,
zachwycają strojami wykonanymi ze skóry i sznurów koralików, a ich ciała
pokrywa gruba warstwa mazi o kolorze głębokiej miedzi. To niewątpliwie
najbardziej rozpoznawalne plemię w dolinie rzeki Orno. Jest ich około 35
tysięcy.
Szczególnie kobiety są jakby żywcem przeniesione z odległych wieków. Ich
zadziwiający sposób pielęgnacji ciała jest tym, co zaciekawi najmocniej.
Na skórę, a także włosy, nakładają wilgotną pastę w kolorze ochry i o
konsystencji rzadkiej gliny. Sądząc po niezbyt sympatycznym zapachu,
jest ona zrobiona na bazie masła.
Jakby
tego było mało, mężatki noszą po kilka ciężkich miedzianych obroży,
zazwyczaj z 10 centymetrowym klinem z przodu, i - także metalowe
-spiralne bransolety. Mężczyźni stroją swoje ciała skromniej, ozdabiają
je białą pastą - najczęściej przed rytualnymi tańcami. Wyjątkiem są
wojownicy, którzy w poprzednim roku zabili człowieka lub jakieś groźne
zwierzę. Mają włosy ułożone za pomocą gliny, koralików - i któż tam wie,
czego jeszcze - w piętrowe, niczym tort, konstrukcje.
Przedziwna Dolina Omo
Tak
jak inne plemiona, mieszkające w dolinie rzeki Omo, Hamerowie są dumni
z posiadanego bydła, będącego oznaką bogactwa.
Silne
związki, jakie istniały między starożytnym Egiptem i ludami Wyżyny
Abisyńskiej, wywarły wpływ również na ludy Doliny Omo. Profesor Ivo
Strecker, który przez dziesięciolecia badał kulturę Hamerów, stwierdził,
że ich sposób życia i kultura rolnicza są bardzo podobne do tych we
wczesnej cywilizacji egipskiej. Odnalazł również duże podobieństwa w
sztuce, sprzętach domowych i fryzurach.
Targ na pięć gigabajtów
Dotarłam na hamerski targ w miejscowości Turmi. Tego widoku chyba nigdy
nie zapomnę. To rzeczywiście „ludzki skansen" - dziesiątki mężczyzn,
kobiet i dzieci, ubranych i umalowanych nie jak przed setkami, lecz
tysiącami lat.
Przybyli z całej okolicy Hamerowie oferują mniej lub bardziej ozdobione
tykwy na wodę, bydlęcą krew (tu ważny składnik diety) i mleko, koraliki,
miniaturowe stołeczki, pełniące również rolę podgłówków. Niedaleko można
sprzedać i kupić wiązki siana, drewna, ziarno sorgo lub tefu (inny
rodzaj niskoplennego zboża), kozy, barany, kury, masło, różnokolorową
glinkę lub gotową maź do makijażu. Sprzedawcy proponują także piwo,
produkowane ze sfermentowanego ziarna. Próbowałam go w innej części
Etiopii - co tu ukrywać, obrzydliwe!
Na
targu doceniłam zalety cyfrowej fotografii - każda scena prosiła się o
uwiecznienie. Filmów starczyłoby na krótko, a cyfrakiem zrobiłam po
prostu pięć gigabajtów zdjęć. Hamerowie mają nie tylko interesujące,
piękne stroje, ciekawe są również ich obyczaje.
Skoki nagusów po grzbietach krów
Najważniejszą ceremonią są skoki po ustawionych w szereg krowach zebu.
To kulminacja trwającego trzy dni rytuału inicjacyjnego, który zazwyczaj
odbywa się od końca lutego do początku marca. W dniu próby, po południu,
ponad 30 zebu jest ustawianych obok siebie. Chłopcy poddawani inicjacji,
kompletnie nadzy, wskakują na pierwsze zwierzę, by potem przeskakiwać z
jednego na drugie. Na końcu muszą zawrócić i rzecz powtórzyć w drugim
kierunku. Tak dzieje się trzy, cztery razy - aż udowodnią swoją
sprawność i usatysfakcjonują zgromadzonych.
Później rozpoczyna się szaleńcza hulanka, suto zakrapiana alkoholem.
Podczas niej chłopcy okładają rózgami plecy dziewcząt na wydaniu. To
lekko brutalny zwyczaj - z kobiecych pleców leje się krew. Z drugiej
strony- blizny są tu swego rodzaju ozdobą, podkreśleniem kobiecej urody.
Hamerki często same się kaleczą, wycinając na skórze misterne wzory.
Kąpiel z krokodylami w tle
Po
spotkaniu z Hamerami ruszyliśmy dalej na południe, do parku narodowego
Mago. Szybko zapadał mrok, a my wolno posuwaliśmy się naprzód. Co jakiś
czas trzeba było wyciągać z biota kolejne samochody. Przydałyby się
amerykańskie wojskowe nomen, hamery - żartowaliśmy.
Robiło się ciemno, gdy dotarliśmy na pole biwakowe. Tu przykra
niespodzianka: nie ma prądu nikt nie wie dlaczego - i wody, studnia
wyschła. Z pierwszym problemem nasi kierowcy poradzili sobie
natychmiast, oświetlając teren samochodowymi żarówkami, zasilanymi z
akumulatorów. Jak się jednak nie umyć po całym dniu w pyle i kurzu?
Nie
bacząc na ostrzeżenia przed krokodylami, zdecydowałam się na toaletę w
przepływającej obok rzece Mago. Troszkę się odświeżyłam, bo nie można
tego nazwać myciem. Woda, po padających poprzedniego dnia deszczach,
miała kolor brunatnobłotnisty.
Taniec pawianów z flaszkami
Gdy
wróciłam na pole biwakowe, nie wierzyłam własnym oczom: kierowcy zdążyli
rozbić namioty, rozstawili stół i krzesełka, kucharz usmażył pachnącą
jajecznicę.
Dodatkowo, żeby zatrzeć złe wrażenie, nasz przewodnik Habtamu przywiózł
z biura zarządu parku skrzynkę zimnego piwa. Jak łatwo się domyślić,
brak wody natychmiast przestał nam doskwierać.
Gdy
dobrze po północy weszliśmy do namiotów, by położyć się spać, rozległ
się straszny hałas. Czyżby atak jakiegoś wrogiego plemienia? -
wyskoczyliśmy przerażeni. Nie, to stado pawianów urządziło sobie
żonglerkę butelkami po piwie, które niefrasobliwie zostawiliśmy na
stole.
Chcąc
nie chcąc, musieliśmy wszystko pozbierać. Małpy długo w nocy nie dawały
za wygraną, szarpiąc linki namiotów, niektóre próbowały nawet otwierać
suwaki.

|